30 czerwca 2016

#001 Gdzie jest Dory, czyli „mamo, te rybki są gupie, chodźmy do domu.”

Film o rybce Dory niczym mnie nie zaskoczył, choć jest historią uroczą, momentami ściskającą moje nieczułe gardło i pełną wartości, które chciałbym kiedyś przekazać swojemu gówniakowi. Jednak to o czym dzisiaj chciałbym napisać, to koszmar przeżywania seansów z dzieciaczkami. Bo naprawdę po tym czego doświadczyłem wczoraj na seansie Gdzie jest Dory, mam ochotę sobie podwiązać nasieniowody.

Zasada numer jeden Fight Clubu – nigdy nie idź na seans animacji przed godziną 16. Gówniaki są jeszcze na sterydach po porannych płatkach z mlekiem i poziom laktozy skacze im tak wysoko, że zachowują się jak poćpani. Krzykom i bieganiu między fotelami nie ma końca, dlatego im później tym lepiej.  Wybrałem 18, bo wtedy dzieciaczki są już umęczone, a do tego pod ciągłym płaszczem nowobogackich rodziców, czyli dalej robią co chcą, ale przynajmniej ktoś sprawia pozory, że je ucisza. Za mną siedział jeden gagatek, przede mną dwójka. Młody za mną już na reklamach chciał iść do domu, potem swędziała go noga, a potem zaczęło się piekło.

- Mamo! Ten pan przede mną je popcorn (jadłem, lubię się nawpierdalać w kinie, jest ciemno, a jak jedzenie nie widzi, że jest jedzone to się nie tyje), też chcę popcorn!
- Ale Mikołaj, ostatnio bolał Cię brzuszek po popcornie, nie możesz jeść takiego słonego.

Cisza. 30 sekund później.


- Mamo, mogę oglądać na stojąco?
- Możesz.
- Ale mnie nogi bolą od stania.
- To usiądź.
- Ale ja chcę oglądać na stojąco.

40. minuta filmu, Dory przypomina sobie coraz więcej faktów ze swojego dzieciństwa, ja mam łzy w oczach, bo jest naprawdę uroczo i słodko, jakby ktoś wsadził mi doodbytniczo całą fabrykę żelek, a młody gówniak dalej swoje. „Chcę siku”, „chcę pić”, „dlaczego te rybki są takie głupie”, wieczne „nudzi mi się” i na sam koniec „idźmy do domu mamo, tutaj nikt nie umrze, to jest nudne”.
Niech Cię szlag karzełku. Dlaczego na trzydzieści dzieci, którym przyszło przyjść na ten seans, ja muszę siedzieć akurat obok Ciebie? Co takiego zrobiłem? Kim jestem, że tak pokarał mnie los? Dlaczego inne dzieci zachowują się względnie normalnie (poza parką 5-6 lat, która przez cały film biega po schodach w te i z powrotem, a potem siada TYŁEM do ekranu), a Ty mi tutaj tak uprzykrzasz życie?



Są pytania na które odpowiedzi nie otrzymamy nigdy. Jednak na pytanie czy Gdzie jest Dory to dobry film, odpowiadam: nie wiem. Z jednej strony to przepiękna historia, która uczy, która jest przepełniona wszystkim co dobre w ludziach (rybach?!), gdzie Dory ma naprawdę życiowe problemy i walczy o swoje marzenia, ale z drugiej… Kurwa no. To jest Gdzie jest Nemo tylko z Dory. No naprawdę. Kalka dramatyczna widoczna już od 10 minuty filmu. To jest ta sama historia, ale opowiedziana za pomocą innych rybek i innego miejsca. Szkoda, ale z drugiej strony jak inaczej mieli to rozwiązać? Wprowadzić zombie-rybki mutanty? Dobrze jest jak jest. 

Ja do kina zapraszam – poczujecie na własnej skórze jak to jest, jak Ci dwunastocentymetrowa stópka uderza w siedzenie przez półtorej godziny, a przy okazji nauczycie się, że Krystyna Czubówna to prawdziwa przyjaciółka. Ach no i, że ośmiornica ma trzy serca. Serio trzy! Dwa pompują krew do skrzeli, a jedno wszędzie indziej. Taka ciekawostka.