Film o rybce Dory niczym mnie nie zaskoczył, choć jest
historią uroczą, momentami ściskającą moje nieczułe gardło i pełną wartości,
które chciałbym kiedyś przekazać swojemu gówniakowi. Jednak to o czym dzisiaj
chciałbym napisać, to koszmar przeżywania seansów z dzieciaczkami. Bo naprawdę
po tym czego doświadczyłem wczoraj na seansie Gdzie jest Dory, mam ochotę sobie podwiązać nasieniowody.
Zasada numer jeden Fight Clubu – nigdy nie idź na seans
animacji przed godziną 16. Gówniaki są jeszcze na sterydach po porannych
płatkach z mlekiem i poziom laktozy skacze im tak wysoko, że zachowują się jak
poćpani. Krzykom i bieganiu między fotelami nie ma końca, dlatego im później
tym lepiej. Wybrałem 18, bo wtedy
dzieciaczki są już umęczone, a do tego pod ciągłym płaszczem nowobogackich
rodziców, czyli dalej robią co chcą, ale przynajmniej ktoś sprawia pozory, że
je ucisza. Za mną siedział jeden gagatek, przede mną dwójka. Młody za mną już
na reklamach chciał iść do domu, potem swędziała go noga, a potem zaczęło się
piekło.
- Mamo! Ten pan przede mną je popcorn (jadłem, lubię się
nawpierdalać w kinie, jest ciemno, a jak jedzenie nie widzi, że jest jedzone to
się nie tyje), też chcę popcorn!
- Ale Mikołaj, ostatnio bolał Cię brzuszek po popcornie, nie możesz jeść
takiego słonego.
Cisza. 30 sekund później.
- Mamo, mogę oglądać na stojąco?
- Możesz.
- Ale mnie nogi bolą od stania.
- To usiądź.
- Ale ja chcę oglądać na stojąco.
40. minuta filmu, Dory przypomina sobie coraz więcej faktów ze swojego
dzieciństwa, ja mam łzy w oczach, bo jest naprawdę uroczo i słodko, jakby ktoś
wsadził mi doodbytniczo całą fabrykę żelek, a młody gówniak dalej swoje. „Chcę
siku”, „chcę pić”, „dlaczego te rybki są takie głupie”, wieczne „nudzi mi się”
i na sam koniec „idźmy do domu mamo, tutaj nikt nie umrze, to jest nudne”.
Niech Cię szlag karzełku. Dlaczego na trzydzieści dzieci, którym przyszło
przyjść na ten seans, ja muszę siedzieć akurat obok Ciebie? Co takiego
zrobiłem? Kim jestem, że tak pokarał mnie los? Dlaczego inne dzieci zachowują
się względnie normalnie (poza parką 5-6 lat, która przez cały film biega po
schodach w te i z powrotem, a potem siada TYŁEM do ekranu), a Ty mi tutaj tak
uprzykrzasz życie?
Są pytania na które odpowiedzi nie otrzymamy nigdy. Jednak na
pytanie czy Gdzie jest Dory to dobry
film, odpowiadam: nie wiem. Z jednej strony to przepiękna historia, która uczy,
która jest przepełniona wszystkim co dobre w ludziach (rybach?!), gdzie Dory ma
naprawdę życiowe problemy i walczy o swoje marzenia, ale z drugiej… Kurwa no.
To jest Gdzie jest Nemo tylko z Dory.
No naprawdę. Kalka dramatyczna widoczna już od 10 minuty filmu. To jest ta sama
historia, ale opowiedziana za pomocą innych rybek i innego miejsca. Szkoda, ale
z drugiej strony jak inaczej mieli to rozwiązać? Wprowadzić zombie-rybki
mutanty? Dobrze jest jak jest.
Ja do kina zapraszam – poczujecie na własnej skórze jak to jest, jak Ci
dwunastocentymetrowa stópka uderza w siedzenie przez półtorej godziny, a przy
okazji nauczycie się, że Krystyna Czubówna to prawdziwa przyjaciółka. Ach no i,
że ośmiornica ma trzy serca. Serio trzy! Dwa pompują krew do skrzeli, a jedno
wszędzie indziej. Taka ciekawostka.


